Hińczowa Wprost do Morskiego Oka to wśród tatrzańskich pozatrasowych linii – zjazd legenda. Jego sława nie zrodziła się wyłącznie z trudności ocenianych na 5 w skali 6 stopniowej. O zjechaniu z tej ściany myśleliśmy od blisko dwóch lat. Najpierw było nieśmiałe przesyłanie sobie linków, czytanie opisów, oglądanie zdjęć, a w końcu letnia wyprawa na Cubrynę i rekonesans interesującego nas żlebu zakończony niezupełnym sukcesem (delikatnie mówiąc). Ostatnim aktem była desperacka akcja Bloodwyna, który sam z końcem maja 2011 po zmrożonym śniegu wdrapał się na Wielką Galerię i zsunął do Moka ale jak sam przyznał wyczyn ten ciężko nazwać zjazdem…
Przez kolejny rok myśl o Hińczowej nie dawała spokoju. No i wreszcie pod koniec, tak łaskawego dla skiturowców, freerajderów i innej maści śniegowych fetyszystów, sezonu 2012 nadarzyły się sprzyjające warunki i zapadła decyzja: robimy to!

relacje12hinczowa_trasa_sm

 

29 kwietnia 2012

Była druga w nocy, jechałem w Tatry jakimiś zadupiami od strony Krynicy, a po głowie krążyły niewesołe myśli podsycane jeszcze przez muzę, którą puszczali wtedy na „Trójce” (w innych okolicznościach jak najbardziej polecam ). Przed szóstą dochodzimy do schroniska, tam czeka na nas Mon oraz Konrad z Adamem – Ci dwaj w planach mają freestylową sesję, planują więc sypanie skoczni i szukają miejsca będącego w stanie zwabić jak największą ilość turystek ;)  Za to jakiś spięty Mon… jakby nie on ;)

Startujemy parę minut po szóstej. W trójke: Mon, Blood i ja. Pogoda żyleta ale dość mocno wieje. Przechodzimy po zamarzniętej jeszcze tafli Morskiego Oka. Przed nami rosnący mur Mięguszowieckich Szczytów i Cubryny. Z boku tak jakoś skromniutko przycupnięty Mnich… Żleb przy nim jak zwykle robi wrażenie ale już nie tak wielkie – prosta, dość krótka kreska. Za to nasza dzisiejsza trasa prezentuje się zawile, groźnie i bardzo ale to bardzo nierealnie.

Pierwszy raz podchodzimy Wielkim Piargiem by za chwilę jak przez bramę do innego, bardziej surowego świata wejść do żlebu Krygowskiego. Robimy trawers wzdłuż Małego Kotła – jak na razie problemów zero, śnieg jest ciężki, nie zapadamy się zbytnio.

Następny żleb doprowadzi nas już do Niżnej Galerii. Jest stromy, zakręca w prawo, a jego środek przecina wydrążona rynna, która tylko czeka aby przyjąć tony śniegu jakie spuścimy w trakcie naszego zjazdu i odesłać je w kierunku przepaści.

Na Niżnej Galerii robimy sobie dłuższą przerwę. Widok nie do opisania. Do tego słońce, trawka… idealne miejsce na grilla ;) Tą sielankową scenerię burzą trochę największe trudności widoczne tuż obok w postaci bardzo przewężonego (ok. 2m) i stromego (prawie 50 stopni) wejścia do kolejnego żlebu. Żleb ten, a zwłaszcza jego górna, szersza część jest bardzo dobrze widoczna spod schroniska – trzeba się będzie więc sprężyć żeby nie było wstydu ;)

Na wielkiej białej łące, czyli Wielkiej Galerii Cubryńskiej robimy kolejny dłuższy popas. Nie przyjechaliśmy tu walczyć z czasem, wręcz przeciwnie – chcemy się delektować każdą chwilą spędzoną w tych okolicznościach, a pogoda na to pozwala. Pozostaje nam marsz po Galerii, chyba trudniejszy od żlebów bo zapadamy się tutaj okrutnie. Jest już prawie południe i z góry sypie się wszystko to co jeszcze pozostało na skałach. Obsuwy nie są zbyt obfite, nie wyglądają groźnie ale trzeba uważać na kamienie spadające razem z resztkami śniegu.

Ostatnim tego dnia żlebem wychodzimy na przełęcz Hińczową, proponuję mały wyścig ale pomysł jakoś nie chwycił… Siedzimy, podziwiamy wspaniałe widoki na obydwie strony i właściwie niewiele mówimy.Cudowne uczucie, tak długo marzyliśmy o tym momencie, a teraz wszystko zagrało, pogoda, warunki – jesteśmy tu i zaraz będziemy zapinać deski.

Zjazd okazał się największą niespodzianką. Podchodząc pod górę było „trochę” czasu aby zastanowić się nad tym co nas czeka gdy założymy już deski i daleki jestem od lekceważenia jakiejkolwiek trasy tym bardziej t a k i e j ale stwierdziliśmy wspólnie, że nie powinno być źle… Mimo tego przy pierwszych skrętach w górnym żlebie kolana drżały, a pikawa waliła z emocji podczas wyjazdu na wielkie pole Galerii Cubryńskiej. Wcześniej rozważaliśmy zjazd wariantem drugim omijającym środkowy żleb (teoretycznie największe trudności) ale warunki były tak sprzyjające,że bez wahania odbiliśmy w prawo i wskoczyliśmy do komina. Tam też była najlepsza zabawa, stres pojawił się na samym końcu żlebu w owym przewężeniu, które – nie ma innego wyjścia – trzeba przejechać na krechę. Ufff udało się, teraz ostro w prawo i wyzwoleni z objęć Cubryny kierujemy się w kierunku Małego Kotła Mięguszowieckiego i dalej ciągle wzdłuż trasy naszego podejścia… Uczucie po takim zjeździe? Radość, euforia… to tylko słowa ale właśnie w takich momentach człowiek czuje, że żyje.

Mieliśmy wielkie szczęście, trafiając na optymalne warunki. Śniegu było w sam raz – nie obsuwał się jakoś straszliwie, z drugiej strony większość skał na drodze pozostawała przysłonięta. Dzięki temu zjazd okazał się (w stosunku do tego czego się spodziewaliśmy na piątkowej trasie)- zadziwiająco łatwy. Oczywiście maksymalna czujność w takim miejscu to podstawa, wystarczyła chwila by jeden z nas znalazł się w „rynnie”, o której była mowa i z masą śniegu poruszonego przez nas samych zaczął sunąć w kierunku piargów. Czekan w tej sytuacji nie bardzo pomagał i niewiele brakowało aby nasze humory na koniec były zgoła inne…

Piękna widokowo, logiczna, długa i bardzo urozmaicona trasa. Myślę że dla wszystkich z nas jak dotąd numer jeden! Jest wymagająca i niech nikogo nie zwiedzie to co napisałem kilka zdań wyżej, zjechaliśmy łatwo bo mieliśmy dużo szczęścia trafiając na idealne warunki. Wiem co mówię, bo trzy tygodnie później było dużo, dużo trudniej.

Story by Arquez.

Udział wzięli: Paweł Dziurczak, Tomek Księski, Arek Jopert

 

photography wp theme

COMMENTS

No comments yet.