Before

6 rano, pociąg relacji Katowice – Zwardoń opuszcza syfiasty peron dworca PKP w Tychach. Dla odmiany pociąg jest nowy i aż nieprzyzwoicie czysty. Zawieszony na specjalnym haku rower kiwa się usypiająco i nic nie stoi na przeszkodzie aby dokończyć zbyt wcześnie przerwany sen. Potem szybki podjazd do granicy, pierwszy zjazd i przejazd przez Skalité, Čadce – miejscowości godne pióra Andrzeja Stasiuka – czyli dziury, w których czasy komuny zatrzymały się jak mgła, która spłynęła właśnie z otaczających gór.  Jakieś kioski z paskudnie łuszczącymi się od starej farby ścianami ale ciągle spełniające swoją rolę więc stoją i przyciągają od samego rana klientów – somnambulików. Te megafony rozmieszczone na słupach wzdłuż ulic. Stan tych urządzeń budzi wątpliwości ale czasem ma się wrażenie, że ożyją i wraz z buczeniem i przesterami popłynie z ich trzewi … no właśnie co? Może jakaś skoczna polka grana na wielkich, złotych trąbach, a może dramatycznym głosem spikera odczytany ważny komunikat?

No i wreszcie te góry! Nie tak efekciarskie jak ich granitowi, wyniośli bracia. Nieodgradzające się od ludzi żadnymi reglami, wręcz przeciwnie podchodzące, aż do samej drogi jakimiś nędznymi krzaczorami co prawda ale wystarczy odszukać ścieżkę kryjącą się gdzieś w tych zaroślach; przeskoczyć rów i już można zagłębiać się w coraz to bardziej urzekające miejsca. Bo Beskidy niczego nie obiecują, a potrafią dać bardzo wiele… Tutaj przecież rozległymi zboczami przywarła, do ludzkich sadyb Wielka Racza i chyba nic więcej nie muszę dodawać.

W miejscowości Krásno nad Kysocou (te nazwy!) można odbić w lewo i ciągle tak wspaniale leniwymi drogami dojechać aż do Małej Fatry. Wtedy chciałem pojechać jednak jakąś inną trasą więc zdecydowałem się na główną drogę prowadzącą do Žiliny. Tak jak można się było spodziewać; duży ruch, a droga nudna i dodatkowo wydłużyła całą imprezę o ok. 30 km. Za to było płasko, więc czasowo wyszło na jedno.

Minąwszy obwodnicę Žiliny zaczyna się robić ładnie – widać całe pasmo, aż po Velky Rozsutec. Stąd już tylko 25 km do celu i coraz ciekawiej chciało by się napisać – za oknem, ale nie mam okna więc po prostu świat robi się coraz piękniejszy z tej perspektywy siodełka rowerowego

Była godzina 15, do koncertu miałem całe sześć godzin, a pogodę jak marzenie.  Ruszyłem więc przed siebie do kolejnej miejscowości na mapie. Asfaltowa droga prowadzi ślicznym wąwozem z jednej strony skały Sokolie z drugiej Boboty. Niesamowite są te formacje skalne! Do tego cały czas lekki podjazd z widokiem na całkiem wysokie szczyty, a to Pekelnik a to Chleb i oczywiście sam Krywań. Po krótkim postoju w Chacie Vratna, zjechałem w dół kierując się na kolejną miejscowość – Stefanowa – i tutaj nagle otworzył się przede mną wspaniały widok na Wielkiego Rozsudźca.  Na liczniku od rana nabiło się przeszło 120 km ale średnia bardzo słaba, jednak to nie wyczyny sportowe miały być głównym celem tego wyjazdu. Do koncertu zostało już mało czasu, zdążyłem jeszcze zrobić zakupy i przebrać się odrobinę, tak by w obcisłych gaciach z pampersem nie straszyć ludzi.

Koncert

O godzinie 19.oo otworzyły się wrota amfiteatru Nad Borami. Chciałem odpocząć przed powrotem do Polski, więc na miejscu zjawiłem się już parę minut po 19. Publiczność, jak to zwykle  na koncertach Jaromira Nohavicy, dopisała w 100%. Do 20.30 jeszcze było sporo miejsca ale przez ostatnie pół godziny ludzie szczelnie wypełnili amfiteatr. Rozpiętość wiekowa ogromna – od dzieci w wózkach po ich dziadków i babcie. Widziałem, że parę osób wlazło z psami, natomiast z rowerem zameldował się chyba tylko jeden …divák ?  Tymczasem zdążył zapaść zmierzch i punktualnie o 21.oo na scenie rozbłysły światła. Ukazały się dwie wiszące komety – logo trasy koncertowej – te same, które wisiały podczas tegorocznych koncertów w ostrawskiej Karolinie.

Jakby stosownie do tego widoku zabrzmiały pierwsze akordy Komety.  Cóż…właściwie po wysłuchaniu tej pieśni, pod gwiazdami, w otoczeniu gór Małej Fatry, gdybym musiał wracać to stwierdziłbym, że i tak warto było przejechać te +/- 200 km. Ale koncert dopiero się zaczynał: Zítra ráno v pět. A potem (może Nohavica zauważył na widowni sporo dzieci) piosenki z albumu „Tři čuníci” – Hlídač krav , Lachtani  i Pijte vodu – interakcja nastąpiła błyskawicznie, ludzie śpiewali, dlatego też wolę koncerty w Czechach bo Polacy siłą rzeczy są dość spięci gdy przychodzi zaśpiewać coś po czesku. Następnie Jarek zagrał nowy utwór Breclavske labuty . W dalszym ciągu spokojnie (Muzeum oraz mea=ga klimatycznie zaaranżowane Potulni kejklíři). A potem w ruch poszła heligonka: Godula (Meine Familie) , Ostrava oraz (w wersji hip-hopowej ;)) utwór Milionář. Dalej były, choć kolejności nie pamiętam:Těšínská, Mikymauz, Převez mě příteli, Sarajevo, Zatímco se koupeš, Plebs blues, Pane prezidente, Cukrářská bossanova, Stodoly, Pochod marodů, Zasnuby su planovane na středu, Fotbal. Był tylko problem bo ludzie nie pozwalali kończyć. Na bis – Když mě brali za vojáka i Až to se mnu sekne. I znów brawom nie było końca. Wtedy, gdy ludzie po raz kolejny zgotowali Mistrzowi owacje na stojąco, przygasły światła, maszynę do robienia dymu podkręcono na cały regulator, a Jaromir zaśpiewał a’capella Anděl strážný. Prawie cały amfiteatr wysłuchał tego utworu w skupieniu, na stojąco. Po czym zapadła chwila ciszy i dopiero gruchnęły oklaski ale już nikt nie śmiał prosić o więcej…

W tym miejscu kończy się moja skromna relacja z koncertu. Ponieważ nocny powrót do Polski również należał do ciekawych przeżyć, postanowiłem napisać o nim trochę więcej niż parę słów. Ludzie zaczęli opuszczać amfiteatr Nad Borami. Utworzył się długi korowód, procesja schodziła ze wzgórza. W tłumie ja, prowadzący rower. W sąsiedztwie Janosika (kto był to wie)  przebrałem się, zjadłem co nieco, wyzerowałem licznik…no i w drogę!

Godz 23.45. Droga prowadząca do Žiliny w okolicach Terchovej była właśnie remontowana więc wąsko i przy wzmożonym – po koncercie – ruchu, trzeba było szczególnie uważać na auta. Mimo panujących ciemności jechało się bardzo dobrze, powietrze górskie, to takie banalne ale naprawdę, orzeźwiało… Już wcześniej zastanawiałem się czy wracać tą samą – główną – drogą, czy też przebić się przez góry i zaoszczędzić tym samym ok. 20 km. Początkowo atrakcyjniejszy wydawał mi się wariant górski, jednak kilka nieoświetlonych odcinków głównej niby drogi prowadzącej do Ziliny- z każdym przejechanym, czarnym jak osma barwa duhy, metrem, osłabiała mnie w tym przekonaniu.

Decyzję pomógł mi podjąć pewien incydent. Z tyłu zbliżał się kolejny samochód, słyszałem, że jedzie z dużą prędkością ale zwolnił. Fuck. Golf… Pootwierane szyby i jakieś komentarze, których nie bardzo rozumiałem ale ich ogólny sens nie pozostawiał wątpliwości (…až mě zítra najdou s dírou ve spánku ?). Na szczęście dresom chyba spieszyło się do remizy na jakąś grubą imprezę bo w sumie dość szybko odjechali. Postanowiłem wtedy, na tyle ile to możliwe, omijać główne drogi, a ponieważ akurat dojeżdżałem do odpowiedniego rozwidlenia, skręciłem w prawo. Cóż, powiem krótko, przez następne 20 km nie widziałem już żadnego auta… Jak mam być szczery to należy powiedzieć, że widziałem tylko linię wymalowaną na środku drogi przez słowackich drogowców, którym jednak zabrakło inwencji na oznaczenie w podobny sposób pobocza dzięki czemu kilka razy niebezpiecznie zbliżyłem się do granicy.

Prowadząca na przełęcz Lutiše droga, wiedzie pod górę, z obu stron schodzą ku niej strome, porośnięte gęstym lasem zbocza. W dzień za moimi plecami miałbym ciekawy kadr na kilka szczytów Małej Fatry. Teraz jedyny widok jaki miałem to 2-3 metrowy placek bladego światła rzucany przez mojego Cateya.

W połowie podjazdu minąłem kolonię domków – wszystkie światła pogaszone – wyglądało, że mój przejazd zainteresował jedynie psy. Zaraz potem wjazd do lasu, buchnięcie ciepłego powietrza i najbardziej stroma część podjazdu. Na przełęczy okazało się, że wykręciłem całkiem niezły czas (ok.20 min.) – jednak adrenalina robi swoje…

Nawet w dzień zjazd z przełęczy Lutiše jest bardzo przyjemny. Nie ma tu ekstremalnych prędkości, ani karkołomnych zakrętów,  jest natomiast stosunkowo długi, bowiem droga wiedzie przez kilka wsi (początkowo głównie jednak terenami niezabudowanymi), a ciągnie się to przez około 15 km. Jednak zjazd w nocnych warunkach to coś zupełnie niesamowitego – wjeżdżasz na przełęcz nie widząc, że to już szczyt, jedynie pedałujesz nagle z mniejszą siłą i nagle rower zaczyna nabierać prędkości! Co więcej nie widzisz tego gdzie jedziesz bo ciemność nieprzeparta dookoła tylko czujesz na twarzy coraz większy pęd powietrza. Ciemno, cicho i tylko szum wiatru i to poczucie prędkości.

 

Kilka razy przejeżdżając przez jakąś uśpioną wioskę niemalże ocierałem się o psa lub kota, który akurat w środku nocy wpadł na pomysł żeby postać  trochę na drodze. Oczywiście kotów było więcej…  pierwszego minąłem z lewej strony gdy stał dokładnie pośrodku drogi – na pasach, wzdłuż których się orientowałem. Biała plama z ogonem i świecącymi, wpatrzonymi we mnie oczami. Ja 50 km/h on zero reakcji. Było też dużo psów, te na szczęście głównie na poboczach, wyglądały za to, w bladej poświecie lampki spotęgowanej nitkami snującej się mgły jak zjawy, rozjechanych burków, białe, nierealne i patrzące z niemym wyrzutem …

Kilkanaście kilometrów zjazdu szybko minęło. Wyjechałem na większą drogę prowadzącą w kierunku Oscadnicy. Tutaj od czasu przemykały choć auta, okolica niezbyt ciekawa , pustkowia jakieś, z podejrzanymi budynkami gdzieniegdzie.

Musiałem tej nocy jeszcze minąć sporo wiosek, zanim przez Krásno (gęsta mgła znad rzeki) oraz Čadce (dość ciekawa panorama dymiących i błyskających zakładów przemysłowych w dole) dotarłem do miejsca gdzie droga odbija do granicy z Polską. Tutaj drogowskaz „Rzeczpospolita – 15 km” dodał mi sił – mimo zupełnych ciemności (lasy) i przy prawie ciągłym podjeździe pokonałem ten dystans w około 45 min.  Podarowałem sobie tylko ostatni podjazd – zaczynający się przy filarach, po których będzie przeciągnięta ekspresówka i pokonałem go na piechotę prowadząc lub jak kto woli podpierając się o rower.

Dobiegając do końca chciałbym pozdrowić obecnego na koncercie fotografa z W-wy, ekipę pewnego motelu przy E-75 (nie ma jak gorąca herbata z cytryną o 2 w nocy), miłą obsługę stacji benzynowej pod Čadcą a także wszystkich, którzy nie połakomili się na mój aparat zostawiony na kwadrans na ławce przy sklepie w Terchovej ?

Zwardoń, godzina 4 rano. Na granicy też cicho, nie chciałem robić zamieszania i myślałem, że się przemknę niezauważony ale wyskoczył ktoś w mundurze:
– Skąd to o tej o porze ?
– A…na koncercie byłem.
– I co, fajny ?
– ?

photography wp theme

COMMENTS

No comments yet.