Relacja z wyprawy splitboardowej na Mont Blanc

Dzień 1

Wielkie plany, rezerwowanie wolnego czasu w pracy, nerwowe oczekiwanie i w końcu gdy przychodzi ten moment, długoterminowe prognozy się rypią, a wszystkie pogodowe aplikacje, które posiadacie w swoim telefonie informują o padaniu kolejnych absurdalnych rekordów pogodowych anomalii.  Też tak macie?

Ciemności nastały tego dnia zdecydowanie szybciej niż by wynikało ze wskazań zegarka. Serpentyny poprzedzające wjazd do Chamonix pokonywaliśmy w ulewnym deszczu. Les Houches o tej porze roku wyglądało na całkiem wymarłe. My też, jak zombie, zmęczeni narzekaniem przez całą drogę, praktycznie bez słów zalegliśmy w samochodzie próbując zasnąć i zregenerować siły.

Poranek nas nie zaskoczył; ciemne chmury nad całą doliną, mżawka chwilami przechodząca w deszcz, a przed nami perspektywa mozolnego zdobywania wysokości (2 km przewyższenia minimum tego dnia) z plecakami, które staraliśmy się możliwie odchudzić ale i tak łącznie ze sprzętem jeżdżącym ich waga dochodziła do 30 kg.

Mamy splitboardy ale i tak trzeba cały ten mandżur zarzucić na plecy bo deszcze skutecznie rozprawiły się ze śniegiem, więc taplamy się w błocie sunąc ociężale do góry. Gdy podchodzimy pod przełęcz Lachat nagle słychać potężny huk, a przed nami pojawiają się dwa samoloty myśliwskie i przelatują tak blisko, że całkiem dobrze widzimy sylwetki pilotów… Gdybyśmy byli na terenie TPN to bałbym się, że zaczną do nas strzelać… A  swoją drogą świstaki, które w Polsce podobno masowo mdleją na widok cienia rzucanego przez paralotniarza, jakoś nie przejęły się tym hukiem i baraszkowały wśród tej śnieżno błotnej brei w najlepsze…

W końcu dotarliśmy do stacji kolejki Tramway du Mont Blanc. Tam przerwa ale krótka bo w spoconych ubraniach szybko robi się zimno. Sniegu coraz więcej; tory oraz tunele zasypane , sieć trakcyjna kolejki wyglądała jak poręczówka ale na fokach po tym przejść się nie dało ↑

Dopiero w „Gnieździe Orła” założyliśmy  splitboardy – gdy na plecach zostaje już tylko ok 20kg człowiekowi zdają się rosnąć skrzydła ? Na tym etapie nasz sprzęt robił kawał dobrej roboty – co prawda sam pod górę nie wjeżdżał, a mokry śnieg kleił się mocno do fok ale i tak szybko (w porównaniu z pierwszym razem, gdy mieliśmy ze sobą „normalne” dechy) przedostaliśmy się przez płaskowyż. Gdy popołudniu pokonywaliśmy ostatnią przeszkodę dzielącą nas od schroniska – podejście żlebem pod lodowiec Tete Rousse, chmury odrobinę się rozstąpiły. Mieliśmy idealny timing: słońce w żlebie, pod koniec lekki opad śniegu i zamieć śnieżna niemal równo z chwilą gdy zatrzasnęliśmy za sobą drzwi winterroomu.

Dzień 2

Zrywamy się o świcie.  Słońce! A do tego bardzo rześko. Plateau jest zmrożone więc szybko, bez konieczności torowania podchodzimy z buta pod ścianę. Trawersujemy owiany złą sławą żleb Rolling Stones – przy okazji obserwujemy go bacznie nie tylko by upewnić się, że nic na nas nie spada ale również pod kątem zjazdu, który planujemy przy sprzyjających warunkach. Szczerze powiedziawszy zjechanie Wielkim Kuluarem wydawało mi się najciekawszą częścią wyprawy ale gdy na własne oczy przekonałem się jak bardzo jest oblodzony, to zacząłem wątpić czy zjazd tym żlebem będzie w ogóle możliwy…

Samo podejście ścianą bez sensacji (w przeciwieństwie do poprzedniego razu, kiedy pogubiliśmy drogę i na górę dotarliśmy własnym, niekoniecznie łatwiejszym wariantem). W dwóch miejscach użyliśmy liny do lotnej asekuracji ale raczej z chęci poćwiczenia niż z konieczności. W górnej części spotkaliśmy schodzącą ekipę, jak się okazało podczas, krótkiej rozmowy przy mijance byli to ratownicy spod Kazbeka w Gruzji. Szkoda, że nie był to dobry moment ani miejsce aby dłużej z nimi pogadać… Znowu w idealnym czasie dotarliśmy do barierek starego schroniska Gouter bo po chwili dogoniły nas chmury i przesłoniły wszystko dookoła.  W środku zastaliśmy grupkę Rosjan, którzy chcieli schodzić jednak do wieczora za oknem nie zobaczyliśmy już nic poza bielą i ekipa z Rosji postanowiła czekać razem z nami.

Dzień 3

Prognozy nie dawały żadnych nadziei ale profilaktycznie wstaliśmy ok. 1 w nocy – zamieć. Rano sypało co prawda mniej jednak chmury  zgęstniały tak, że widoczność ograniczała się tylko do rosnącej warstwy śniegu na parapecie. Nasi towarzysze w nerwwach czekali na poprawę pogody i chcieli jak najszybciej zejść w dół. Nam zresztą doradzali to samo. W okolicach południa wyjrzały chmury i słońce ale za 2-3 godziny znów miało się zacząć. Wychodzimy więc szybko życząc sobie powodzenia – oni w dół, my zaś ciśniemy ile się da do góry aby zorientować się w sytuacji. A sytuacja jest taka, że świeżego, drobnego śniegu napadało tyle, że pływamy po piersi w tym białym syfie i z trudem wychodzimy na grań. Tam zakładamy splity i próbujemy coś podziałać ale śnieg jest głęboki i tak delikatny, drobny, że mimo desek pod stopami zapadamy się głęboko i idziemy strasznie wolno. W słońcu zrobiło się nagle strasznie gorąco. Ściągamy wierzchnią warstwę i szybka sesja zdjęciowa, a potem przy akompaniamencie schodzących gdzieś poniżej lawin, dochodzimy do ok. 4000 m.

Mamy przed sobą coraz bardziej stromy teren i bardzo nieprzyjemne wrażenie, że w każdej chwili to wszystko może na nas ruszyć. Jakby tego było mało, od strony wierzchołka Mont Blank, schodzą ku nam gęste chmury. Szybko montujemy splity i zjeżdżamy. Zatrzymuje nas tylko hałas dochodzący z lewej strony – wyjątkowo głośny. Okazuje się, że lawina poszła z Bionassay! Ciężko tam mówić o jakichś żlebach bo jest to stroma, lodowa ściana ziejąca szczelinami i naszpikowana serakami. Właśnie osuwało się wielkie śnieżne pole, widzieliśmy masy śniegu sunące w dół, przelewające się przez wszystkie nierówności i powodujące przerażający hałas. Z dołu zaczynał się podnosić biały pióropusz pyłu. Po chwili wszystko spowiło się w szarościach – chmury doścignęły nas, otoczyły… Na szczęście przed sobą widzimy kawałek grani i nasze ślady więc prujemy w tym mleku na tyle na ile pozwala dosyć płaski w tym miejscu teren.

Próbujemy łapać zasięg lecz udaje się to dopiero wieczorem. Wiadomości nie są dobre – przez najbliższy tydzień na naszej wysokości 3800m – oraz wyżej – silne opady śniegu.

Dzień 4 i 5

Za oknem bez zmian. Prognozy jeśli do nas w ogóle dochodzą to są bezlitosne. Morale spada jak chyba jeszcze nigdy dotąd. Wśród sms z Polski czytamy: „nad europa zach. wielki niz, lepiej sie stamtad zbierajcie”. Łatwo powiedzieć… liczymy jeszcze na jakiś cud, na jakieś jedno okno pogodowe. Oszczędzamy gaz i jedzenie choć i jednego i drugiego zasadniczo jakoś nie brakuje ale kto wie ile dni przyjdzie nam tu jeszcze spędzić?

Kolejny dzień. Czy mówiłem ostatnio, że morale spadło tak, że niżej się już nie da? Błąd … dziś sięgnęliśmy dna ? Bezczynność nas wykańcza.

 

 

 

Prognozy są bezlitosne ale wieczorem pojawia się iskierka nadziei – za oknem, po raz pierwszy od dwóch dni chmury przebijają się choć na chwilę, a my widzimy wreszcie w zachodzącej słonecznej poświacie ścianę Bionassay.

Dzień 6

Znowu nastawiamy zegarki na 1 w nocy ale pogoda nie daje za wygraną. O świcie jednak śnieg przestaje sypać, wiatr nawet nabiera na sile ale przy okazja przepędza też chmury. I nagle zza tej nieprzeniknionej dotąd kotary ukazuje się widok niezwykły. Błękit, ostre, żywe kolory! Odżywają nadzieje bo gdyby taki stan utrzymał się, no powiedzmy do południa to moglibyśmy szybko ruszyć na górę. Niestety według wszelkich prognoz okno ma być krótkie, co najwyżej kilkugodzinne, a później dupówa przez kilka długich dni.

Tymczasem świat znowu wydaje się przyjazny, a my bardzo szczęśliwi. Łatwo w tej euforii ruszyć w pędzie na górę, jednak my już widzimy, że w dole nad Chamonix zbierają się chmury i powoli ale konsekwentnie suną ku nam. Prognozy więc zdają się sprawdzać i podejmujemy w tym momencie decyzję o odwrocie.

Oto przed nami Żleb Śmierci, Grande Culoir! Z dołu wygląda groźnie, a i z naszej obecnej perspektywy to kawał naprawdę stromej ściany, która niestety w słońcu  starającym się przez ten krótki czas nadrobić zaległości, błyszczy cała od lodu. Do tego widzimy, że cała ściana jest dosłownie przeorana jakimiś rynnami, wyżłobieniami… czy to jakiś cholerny tor bobslejowy? I gdzie  do diabła, podział się ten puszek, który od tylu dni padał i padał?!

Staramy się nadrabiać minami ale jakoś zwlekamy z momentem rozpoczęcia zjazdu… Zresztą ciężko na tej stromiźnie wskoczyć w wiązania. W końcu znajdujemy jakieś stosunkowo dogodne miejsce, przepakowujemy szpej, robimy prowizoryczne stanowiska i przypinamy się do wiązań.

Tymczasem chmury podchodzą nieubłaganie coraz wyżej i wyżej. Nie ma co zwlekać – ruszamy. Pierwszy Tomek – ma zamiar dojechać do przeciwległej krawędzi żlebu bo tam śnieg jakby mniej błyszczący. Obserwuję jego poczynania , które ciężko nazwać płynną jazdą z rosnącymi obawami , które potęgują odgłosy jakie wydobywają się spod krawędzi jego Jonesa… Są przerażające i powinny być słyszalne jeśli nie w Chamonix to na pewno w schronisku Tette, które widzimy w postaci małej kropki gdzieś pod nami.

Robię kilka byle jakich zdjęć i chowam aparat. Bardzo dokladnie owijam taśmę czekana wokół nadgarstka i czuję, że tym razem będzie niezbędny.  Pierwsza próba skrętu i od razu przewracam się na tych twardych kalafiorach. Na szczęście byłem wtedy na frontsideowej stronie. Czekan przed sobą, trzonek wchodzi w zmrożony śnieg głęboko dopchnięty moim ciężarem, wszystko trochę przypadkowo bo nie sądzę żebym zadziałał tak automatycznie. Idealnie wręcz bo sekunda zwłoki i lecisz już z prędkością, której nie sposób wyhamować…Próbuję udawać , że wszystko pod kontrolą, lufa pode mną straszna i żeby zyskać na czasie drę się do Tomka: fota

Co?

Zdjęcie mi zrób!  – nawet z tej odległości widzę, że zadowolony nie jest bo też zatrzymał się w nieciekawej pozycji , jednak wyciąga aparat i coś tam pstryka.

Następnie rusza prawą stroną żlebu, ja lewą. Zsuwamy się i hałasujemy niemiłosiernie. Już nawet nie myślę o niespodziankach, które mogą nam w tym żlebie zlecieć na łeb, gdyż w tej chwili chodzi o to żeby samemu się nie zabić, reszta spraw musi pozostać w rękach Opatrzności. Staramy się wypatrzeć czy ktoś pod nami nie zamierza trawersować żlebu. Jest to mało prawdopodobne w tych okolicznościach ale trzeba być czujnym aby nie stać się sprawcą czyjegoś nieszczęścia.

Po kilkudziesięciu metrach, odbijam całkiem pod skały, między którymi utrzymały się resztki świeżego śniegu… No i o to chodziło! Wreszcie można trochę poskręcać choć obsuwa się to wszystko i trochę pachnie lawiną ale jest całkiem fajnie ? Gdyby zastać dobre warunki, to zjazd Rolling Stones, mógłby być jedyny w swoim rodzaju. Tomek po drugiej stronie dzielnie walczy z lodem i nie muszę patrzeć bo słyszę jak piłuje krawędziami…

Ale dla mnie też happy hours się skończyły. Muszę przedostać się na drugą stronę żlebu bo ściana pode mną jest tak przeorana, że nie nadaje się do jazdy. Jadę więc w kierunku środka Rolling Stones, gdzie czeka na mnie lodowa rynna. Niestety bobsleje nie są moją specjalnością i przetrawersowanie tej przeszkody, lodu którego nie imał się nawet czekan to było 5 najdłuższych w moim życiu minut.

Pozostało nam jeszcze kilkaset metrów w dół. Ponieważ słońce grzało coraz bardziej i znów zaczęliśmy myśleć o kamolach mogących polecieć z góry, bez zbędnych ceregieli po coraz lepszym śniegu pocisnęliśmy w dół w kierunku wyjazdu ze żlebu. Potem chwila restu na skałkach przy trawersie i już swobodniej choć wciąż na drżących nogach (tym bardziej, że znów po lawiniskach) wypadamy na platoeu tuż pod schroniskiem Tette.

Nawet nie możemy odpocząć. Korzystamy ze słońca, które nam towarzyszy od rana i robimy trochę zdjęć, a dosłownie po kwadransie dosięgają nas chmury i jazda w dół do Szamoniowa, odbywa się już przy padającej mżawce i we mgle, prawie po omacku

photography wp theme

COMMENTS

No comments yet.